Wspomnienie śp. Romana Kruczkowskiego

Roman Kruczkowski (1936–2019)
Wspomnienie

Przede wszystkim kojarzony był z aktorstwem. Scena była jego pasją i żywiołem, a teatr jego życiem. Jeszcze na studiach aktorskich, razem z kolegami z roku, trafił na plan filmu Godziny nadziei (1955) Jana Rybkowskiego, kręconego w malowniczym Łagowie. Ale X Muza nie przyciągnęła na dłużej młodego adepta aktorstwa. Zdecydowanie jego przeznaczeniem okazał się teatr. Prawie całe swoje zawodowe życie spędził na deskach Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Zanim jednak tu dotarł i osiadł na stałe, odbył trwającą siedem lat wędrówkę po teatrach w całej Polsce. Jego droga do Lublina prowadziła przez przybytki Melpomeny w Zielonej Górze, Jeleniej Górze, Opolu i Częstochowie. W 1966 roku trafił do Lublina i w zespole Teatru Osterwy pozostał aż do 1985 roku. A nawet dłużej, bo po przejściu na emeryturę udzielał się na macierzystej scenie gościnnie.

Nie miał warunków fizycznych do grania ról amantów. Był za to świetnym aktorem charakterystycznym, obdarzonym naturalną vis comica. Co nie przeszkadzało mu zaistnieć w rolach postaci historycznych: od Chopina (Lato w Nohant) po Lenina (Miłość na Krymie). Reżyserzy cenili sobie jego talent do budowania wyrazistych postaci, które nawet w rolach drugoplanowych, wraz z pojawieniem się Romana na scenie, wybijały się na pierwszy plan. Tak właśnie zawładnął sympatią widowni w Dziadach (Duch-Belzebub), Sędziach (ksiądz), Śnie nocy letniej (Oberon), Bogu (król/Debiliusz). Pożegnał się z widzami rolą Mateusza Lewity w Mistrzu i Małgorzacie.

Za to on sam bardzo sobie cenił rolę, jaką w latach 1991–2001 przyszło mu odegrać w Akademickim Centrum Kultury Chatka Żaka. Został wówczas dyrektorem tej zasłużonej dla lubelskiej kultury instytucji. I był to mariaż, dla obu stron, ze wszech miar udany. Może dlatego, że Roman nie miał w sobie duszy urzędnika, a artystyczną. Nie ograniczał w niczym działań funkcjonujących w tym obiekcie grup ani wszelkiego rodzaju indywidualistów. Można było przyjść do Niego z każdym, najbardziej dziwnym pomysłem. Nikogo nie zniechęcał z góry, niczego nie próbował cenzurować. Dawał za to swoje błogosławieństwo i pomagał zdobyć środki na realizację. Był lubiany za otwartość i życzliwość, ceniony za sardoniczne poczucie humoru. Toteż nikt się nie obrażał, kiedy na cotygodniowych zebraniach witał swoich współpracowników słowami: „Ladies and gentlemen! I pozostała swołocz!”

Aktorzy są śmiertelni, ale ich role nie. Pozostają na zawsze we wdzięcznej pamięci widzów. A te, które zagrał Roman, dostarczały nam wielu emocji: bawiły i wzruszały. Sprawiły, że na zawsze będziemy Jego dłużnikami.

Piotr Kotowski

    Aktualności